niedziela, 11 maja 2014

Rozdział 2

Hejka !


Matko jak dawno tu nie byłam...można by powiedzieć, że miała 3-miesięczny urlop od bloga :D Po pierwsze bardzo chciałam was przeprosić za tak długą nieobecność, ale...właściwie to nie wiem czym było to spowodowane, po prostu was przepraszam. Po 2 mam zamiar znów aktywnie tu pracować, wrzucając nowości, jakieś może recenzje książek, które ostatnio przeczytałam (a jest ich sporo), coś wymyślę ;) Po 3 w ramach zadośćuczynienia ofiarowuje wam 2 rozdział mojego new new story, a więc zapraszam!

Rozdział 2

Morderstwa w Blairwood jeszcze w latach sześćdziesiątych należały do jednych z najczęściej popełnianych zbrodni. Poprzedni mieszkańcy nazywali ten okres „czasem żniwiarza”, gdyż słynny morderca tamtego okresu Jason Rowell zabijał swoje ofiary kosą poprzez odcięcie głów. Ponoć tłumaczył się głosami w głowie pochodzącymi prosto od Szatana, lecz stwierdzono u niego silne zaburzenia psychiczne oraz poważny uraz z dzieciństwa. Tata opowiadał m kiedyś, gdy jeszcze pracował jako agent FBI, iż ojciec Rowella prawdopodobnie zamordował na oczach syna swoją drugą żonę, Mary Hergeshimer, a jemu samemu kazał zakopać ciało jak najdalej od domu. Podobno przez to słynny „żniwiarz z Blariwood” rozpoczął swą karierę mordercy.
- Macie już jakichś podejrzanych? – spytałam ojca.
- Człowiek nie mógł tego zrobić – odpowiedział po chwili milczenia. – pewnie jakieś zwierze udało się na polowanie i weszło na teren miasta, a ten nieszczęśnik na nie trafił.
- Czyli wykluczasz morderstwo?
- A coś ty tego taka ciekawa? – spojrzał na mnie – Aż tak bardzo cię to interesuje?
- Po prostu dawno nie było takiej zbrodni, przez którą zabierałbyś mnie prosto spod gmachu szkoły, a tym bardziej poczekałbyś, chociaż aż skończę rozmawiać – ostatnie dwa wyrazy wypowiedziałam bardzo dosadnie.
- Czyli chodzi ci tylko o to, że przerwałem ci rozmowę z tym Ashem?
- Nie zmieniaj tematu! – zamilkłam, aby ułożyć jakąś sensowną wypowiedź - …a Ash wcale mnie nie obchodzi.
- Obiecaj mi, że nigdy nie sprowadzisz tego chłopaka do naszego domu – spojrzał na mnie poważnie.
- Nawet nie miałam zamiaru – mruknęłam – A więc wracając do sprawy, co ty o niej myślisz?
Milczał. Gdy dojechaliśmy pod dom patrzyłam na niego z wyczekiwanie w oczach. Wydawał się bić z myślami czy podzielić się ze mną swoimi przypuszczeniami, czy też nie obarczać mnie nimi. W końcu rozluźnił brwi, westchnął i zaczął:
- Powiem ci to ze względu na to, iż jestem pewien, że to pozostanie między nami – spojrzał na mnie wyczekująco.
- Oczywiście – usiadłam wygodniej w fotelu.
- A więc, możliwość ataku przez zwierzęcia jest bardzo prawdopodobna, lecz nie znaleźliśmy żadnego śladu lisa czy wilka na miejscu zbrodni. Dobrze znasz historię Rowella?
- Dosyć, aby zrozumieć, o co chodzi – odparłam.
- Otóż mam teorię, że ktoś nieudolnie próbuje stać się kimś takim jak on.
- Czyli twoim zdaniem, jakiś facet lata po mieście z kosą w ręku i dla zabawy podcina ludziom gardła? – zakpiłam z jego słów.
- Dokładnie.
- Nie chce być nie miła, ale wątpię w to…większość ludzi już zapomniało o tym, co działo się w latach sześćdziesiątych.
- To tylko teoria – spojrzał na zegarek – muszę już jechać. Do czasu mojego powrotu nie wychodź nigdzie z domu, OK.?
- Dobrze. Jeszcze coś?
- Tak, uważaj na siebie i zamów sobie coś do jedzenia.
Wysiadłam z samochodu i pomachałam ojcu na pożegnanie. Wolnym krokiem ruszyłam w stronę drzwi, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu kluczy. Tuż przy wejściu upadły na bruk. Schyliłam się po nie i wtedy zauważyłam błotniste ślady zwierzęcia prowadzące na tyły domu. Odciski te były znacznie większe od łap labladora. Ostrożnie zaczęłam się cofać do pozycji wyprostowanej. Miałam w tym momencie dwie opcje: otworzyć drzwi i wejść do środka lub pójść za śladami i przekonać się, dokąd prowadzą. Wybrałam tą drugą. Ruszyłam wzdłuż śladów, tuż przy zakręcie zatrzymałam się. Wahałam się czy iść dalej, czy zawrócić. Zdecydowałam się wyjrzeć zza rogu. Gdy tylko wychyliłam głowę zobaczyłam Draco biegnącego prosto na mnie. Zaczęłam się szybko cofać, lecz pies był szybszy i obalił mnie na trawę. Lizanie po twarzy nie było moją ulubioną drogą okazywania mi sympatii przez mojego pupila, lecz teraz mogłam odetchnąć z ulgą, że za rogiem nie było żadnego dzikiego psa, czy innego groźnego zwierzęcia tylko on. Z trudem ściągnęłam go ze mnie i zaciągnęłam do domu. Gdy zdejmowałam buty po całym domu rozbiegł się dźwięk mojego dzwonka do telefonu. Wyciągnęłam go z kieszeni i odebrałam.
- Gdzie ty do cholery jesteś?! – usłyszałam zdenerwowany głos Anastasi.
- W domu, a gdzie miałabym być? – odpowiedziałam zszokowana.
- W domu?! W domu?! Powiedziałam ci tylko, że pójdę po plany, a ty miałaś czekać przy samochodzie i zadzwonić po Melanie!
- O Jezu! - w całym tym zamieszaniu zapomniałam o moich przyjaciółkach.
- No właśnie: O JEZU!…możesz mi wytłumaczyć czemu?
- Tata po mnie przyjechał – zaczęłam tłumaczyć – podobno znaleziono ciało niedaleko szkoły – mówiłam siadając na kanapie w salonie.
- Oh…ale mogłaś chociaż zadzwonić!
- Wiem, przepraszam. Może chcecie wpaść?
- Właściwie to mieliśmy jechać w czwórkę do Francis’s Bakery.
- Czwórkę?
- Ja, Melanie, Thomas i jego starszy brat, Adrian – sprostowała – kojarzysz go, prawda? Wyjechał w tamtym roku, ale wrócił w rzekomych „interesach”. Rok starszy od nas. Wysoki, nieźle zbudowany szatyn, wiecznie mający włosy ułożone w artystycznym nieładzie, dosyć blady, ale mający piękne..- usłyszałam rozmarzony głos dziewczyny- jadeitowe oczęta.
- Coś kojarzę. Tak czy owak moje propozycja jest nadal aktualna.
- Okay, wpadniemy – odpowiedziała po chwili milczenia – chcesz coś od Babuni?
- Dużą Latte i dwa czekoladowe muffiny.
- Stracę fortunę przez ciebie…Do zobaczenia – rozłączyła się.
Odłożyłam telefon na stolik od kawy i poszłam do pokoju się przebrać. Obszerna bluza z dużym napisem „Fly” i czarne legginsy zdecydowanie bardziej podchodziły pod mój gust niż biała poważna bluzka i żakiet. Niesforne włosy związałam w szybkiego koka i całkowicie zmyłam makijaż z dzisiaj. Wyszłam z pokoju i z powrotem zeszłam na dół. Draco leżał rozłożony na kanapie, uważnie śledząc mnie wzrokiem.
- No co chcesz? – raptownie podniósł się i po chwili zaczął warczeć – Hej! Co jest? – podeszłam bliżej zauważyłam, że to nie na mnie warczał. Coś za mną wzbudziło w nim agresję i przerażenie. Odwróciłam się. Nie mogłam uwierzyć w to, kto tam stał. Ash…w całej swojej okazałości. Podeszłam do drzwi tarasowych i otworzyłam je.
- Nie chce wyjść na niegrzeczną, ale co ty tu do cholery robisz? – powiedziałam lekko podnosząc głos – i to na moim patio?
- Przechadzam się po okolicy – uśmiechnął się – i tak się stało, że widziałem jak wchodzisz do tego domu – wyjrzał za mnie. Draco nadal warczał i niespokojnie przechadzał się po pokoju – on tak zawsze?
- Tak, ciężko zdobyć jego zaufanie…
- Mogę? – wskazał drzwi.
Zawahałam się, ale w końcu przesunęłam się w bok odgradzając mu przejście do salonu. Ash wszedł do środka. Draco jeszcze bardziej zainteresował się i jednocześnie zdenerwował jego osobą na swoim terytorium. Chłopak kucnął przed nim. Ostrożnie wyciągnął rękę przed siebie i…spokojnie położył ją na jego głowie, lecz coś się przy tym stało. Kolor oczu Asha na chwilę zmienił odcień na błękitny. Pies spokojnie siedział zamiatając po ziemi ogonem.
- Masz dar do psów – powiedziałam lekko zszokowana tym co się stało.
- Być może – wstał – albo mój urok osobisty zrobił na nim wrażenie.
- Gdybyś go tylko miał to może by ci się udało – odpowiedziałam przewracając oczami.
- Niedostępna, tajemnicza, urocza kiedy się denerwuje - oto kolejne rzeczy, które mogę dopisać do listy „Jaka jest Camille Tarver?” - uśmiechnął się szarmancko.
- Poznaliśmy się dopiero dzisiaj i już założyłeś listę jaka mogę być? O ile się nie mylę to podchodzi to pod obsesję kończącą się najczęściej zakazem zbliżania – prychnęłam
- Widzę, że nieźle znasz się na tych rzeczach...no tak przecież jesteś córką szeryfa – znowu się uśmiechnął, lecz tym razem normalnie, przyjaźnie – Słyszałem, że nie masz swojego samochodu.
- Nie – zaprzeczyłam, ale szybko dodałam – ale Anastasia mnie często zabiera swoim.
- Może chciałabyś się jutro zabrać ze mną? - spytał.
- Proponujesz to każdej nowo poznanej dziewczynie?
- Tylko tobie – uśmiechnął się typowym dla siebie uśmieszkiem – Podjadę po ciebie jutro o 7:37, a i zaczynamy chemią – puścił do mnie oko i wyszedł.
Zastygłam w miejscu, zastanawiając się nad tym, co przed chwilą zaszło. Właśnie zgodziłam się na podwózkę do szkoły przez chłopaka, którego poznałam dopiero dzisiaj. Mój ojciec mnie zabije…Zamknęłam drzwi i usiadłam na kanapie czekając na przyjaciół, Draco położył się obok mnie, kładąc mi głowę na kolanach.
- W co ja się wpakowałam...- powiedziałam na głos.
W niedługim czasie usłyszałam dzwonek do drzwi. Szybko podniosłam się z kanapy, otworzyłam je i uśmiechnęłam się do moich gości.
- Hej! – wszyscy wepchali się do środka. Anastasia po drodze wręczyła mi moje zakupy.
- Wisisz mi 20 dolarów – szepnęła moja przyjaciółka – włożyłam ci przy okazji do torebki twój plan.
- Dzięki – rozejrzałam się po salonie. Melanie i Thomas siedzieli na kanapie i żywo o czymś dyskutowali, a Adrian rozsiadł się wygodnie na ulubionym fotelu mojego ojca i zaczął szukać czegoś po kieszeniach swojej marynarki. Nie powiem, był przystojny nawet bardzo. Kolor jego oczu idealnie podkreślała ciemnozielona, niedopięta na 2 ostatnie guziki koszula. Czarne jeansy pod kolor marynarki mówiły, że masz do czynienia nie z byle kim. Chłopak przerwał poszukiwania i na chwilę podniósł wzrok, idealnie trafiając na moje błękitne tęczówki. Uśmiechnął się do mnie zupełnie inaczej niż Ash, miło i ciepło. Odruchowo odwzajemniłam uśmiech, gdy poczułam nagłe uderzenie łokciem w bok.
- Idź do niego – szepnęła Tasia.
- Co? - spytałam zdezorientowana.
- Widzę jak na niego patrzysz – puściła do mnie oko.
- Ile razy ci powtarzałam, że nie szukam chłopaka – burknęłam, oblewając się rumieńcem – Adrian wcale mnie nie interesuje...
- Właśnie widzę jak cie nie interesuje. Ich nie okłamiesz. – wskazała na moje policzki.
- Po prostu zrobiło się gorąco – nie przemyślałam swoich słów, bo już po chwili Anastasia wyszczerzyła zęby w uśmiechu, złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę Adriana.
- Petrov poznaj Camille – przedstawiła nas sobie, po czym klapnęła na sofę obok.
Stałam naprzeciwko chłopaka, zupełnie sparaliżowana jego wzrokiem. Z bliska można było dostrzec ich głęboko jadeitową barwę oraz blask pewności siebie i tajemniczości. Zauważyłam, że rzeczą, której tak namiętnie poszukiwał była prawie pusta paczka czerwonych Pall Mall'ów. Nie rozumiem jak można się tak truć...no ale, cóż to nie moja sprawa dopóki nie będzie palił na terenie tego domu.
- Przestańcie tak stać jak dwa słupy soli – wtrąciła moja przyjaciółka i pociągnęła nas w dół– Siadajcie!
Klapnęłam obok Tasi, gdy Adrian z powrotem usadowił się wygodnie na fotelu. Ani na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku, więc nie byłam mu winna. Coś w nim było...niezwykłego? Tak, tajemniczego? Zdecydowanie, pociągającego? Tak troszkę. Na samą myśl o tym potrząsnęłam głową, a gdy znów na niego spojrzałam na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
Miło, że mnie takiego postrzegasz. Usłyszałam w głowie głos. To nie był zdecydowanie mój głos. To był ciepły, jedwabisty, pełen pewności siebie, męski głos. Głos Adriana.
Natychmiast podniosłam głowę, chłopak uniósł jedną brew, jakby oczekując mojej reakcji. Chciałam krzyknąć coś typu: Co to do cholery było?! Ale się powstrzymałam, nie zrozumcie mnie źle bywałam impulsywna, nawet bardzo, ale to było coś dziwnego, bardzo dziwnego. Ciszę w końcu przerwała Anastasia.
- Okay, w tym momencie czuję się jak piąte koło u wozu – powiedziała wyniosłym tonem – wasza dwójka ciągle nawija o tym samym – zwróciła się do Melanie i Thomasa, którzy w końcu zwrócili uwagę na nas – a wasza dwójka – tym razem wskazała mnie i Adriana – ciągle się do siebie uśmiecha, jakbyście sobie gadali telepatycznie...ja rozumiem, że miłość od pierwszego wejrzenia i te bzdety, no ale...
Obrzuciłam przyjaciółkę gniewnym spojrzeniem, zrozumiała od razu i przerwała swoje dalsze wywody. Thomas nagle zerwał się na równe nogi i podbiegł do swojej torby wiszącej na jednym z wieszaków w hallu. Wrócił po chwili z dwiema butelkami Szkockiej.
- Nie ma to jak prezenty od starszego brata – wskazał jedną z butelek w kierunku Adriana, ten tylko z uśmiechem kiwnął głową – to co? O której twój tata wraca? - zwrócił się w moim kierunku.
- Koło 18, najpóźniej 20 – odpowiedziałam obojętnie.
- Chyba nie masz zamiaru urządzać tutaj popijawy?! - wtrąciła oburzona Melanie – Jutro pierwszy dzień szkoły!
- Oj daj spokój – powiedział ciepło, schylił się i pocałował swoją dziewczynę w czoło. To zawsze działało na Mel, żeby zgodziła się na coś co robił Thomas, co jej stanowczo się nie podobało – oczywiście o ile Cami się zgodzi – rzucił mi błagające spojrzenie.
- No nie wiem – droczyłam się z nim – muszę się nad tym ciężko zastanowić...
- Zgadza się – dopowiedziała Anastasia z szerokim uśmiechem.
- Uważaj, bo pójdzie ci w biodra – powiedział chłopka, na co dziewczyna rzuciła w niego poduszką. Co prawda moja przyjaciółka nie należała do najszczuplejszych dziewczyn, ale nie lubiła gdy ktoś nabijał się z jej tuszy. Nigdy także nie chciała schudnąć, gdyż jak to mawiała: chciałaby zostać pierwszą dumną puszystą cheerliderką w Blair High.

***

Można było powiedzieć, że impreza trwała w najlepsze, a ja nawet zapomniałam o dziwnym zdarzeniu z Adrianem kilka godzin wcześniej. Cóż nie sadziłam także, że uda mi się go choć trochę polubić. Okazało się, że jest bardzo rozrywkowym człowiekiem z charyzmą i meega wielką tolerancją na alkohol. Podczas gdy reszta towarzystwa ledwo trzymała się na nogach i sklecała jakiekolwiek słowa, a co dopiero sensowne zdania on po prostu stał przy nich trzymając niezachwianą równowagę. Co do mnie...cóż należałam do grupy pośrodku: potrafiących sklecić zdania i zachować świadomość, ale ledwo chodzących na nogach, które w tym momencie były tak ciężkie jakby miały przyczepione do siebie worki z kamieniami, ba cegłami. Leżałam sobie spokojnie na leżaku na patio, aby choć trochę alkoholu wywietrzało i mogła znów swobodnie chodzić, gdy drzwi nagle się otworzyły i wyszedł zza nich Adrian.
- No proszę, księżniczka postanowiła się trochę ochłodzić? - powiedział kpiąco.
- Proszę cię, nie każ mi żałować tego, że żywię do ciebie choć trochę przyjacielskich uczuć – rzuciłam
- Aż mi ciepło na sercu gdy to słyszę – uśmiechnął się i usiadł na leżaku obok – wyrzuć to wreszcie z siebie, śmiało pytaj– powiedział odwracając głowę w moim kierunku.
Mój mózg jednak nie działał, aż tak szybko by zrozumieć o co chodziło temu człowiekowi i potrzebował kilku minut na przypomnienie sobie o co chodzi. Adrian. Głos. Moja głowa.
- Jak to zrobiłeś? - padło pierwsze z wielu pytań, które chciałam mu zadać – to nie możliwe, żeby człowiek mógł wchodzić swobodnie do czyjejś głowy...takie rzeczy to tylko w filmach się dzieją, kochany – kochany, nie mogłam uwierzyć, że użyłam takiego słowa zwracając się do niego.
- To proste, będąc garou ducha możesz robić wiele rzeczy na przykład wchodzić do czyjejś głowy, leczyć ra...
- STOP! Powiedziałeś garo-co? - aż usiadłam – ducha? O czym ty człowieku gadasz?!
- Czekaj, to ty nic nie wiesz? - zmarszczył brwi, ukazując słodkie zmarszczki na jego czole – Nie wiesz kim jesteś?
- A kim mam do cholery być?! - zaczęłam krzyczeć – Sądziłam, że masz dużą tolerancję na alkohol, ale w tym momencie pleciesz jak narąbany.
- Jesteś wilkołakiem Camille, dokładniej garou, pochodzisz z Argentów jednej z 6 pierwotnych rodzin, księżniczko.
- Ohoho tego już za wiele – wstałam i udałam się w kierunku drzwi, gdy Adrian złapał mnie za nadgarstek i szybko przygwoździł do ściany. Nie sądziłam, że w tak szybkim tempie można wstać, wykręcić czyiś nadgarstek i przygwoździć do ściany. Chłopak, trzymał moje nadgarstki nad moja głową jedną ręką, drugą wyjmując jakiś materiał z kieszeni.
- Wygląda znajomo? - pokazał mi moją rękawiczkę do treningów samoobrony. Cóż...mój ojciec bardzo chce, abym była bezpieczna, ale...nie mogłam znaleźć tej rękawiczki dzisiaj rano.
- Skąd to masz?! - warknęłam.
- Z miejsca zbrodni – odpowiedział spokojnie, puszczając moje ręce.
Zaczęłam rozcierać zaczerwienione ślady na nadgarstkach po jego uchwycie.
- Jakiego miejsca zbrodni? - spytałam.
- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
Nie musiał więcej mówić, dokładnie wiedziałam o jaką zbrodnie chodzi i o jakie miejsce. Zwłoki. Gardło. Domniemane zwierzę. Otworzyłam szerzej oczy i rozdziawiłam usta.
- Ja...- mówiłam roztrzęsionym głosem – ja to...zrobiłam?
Adrian tylko kiwnął głową, a świat przede mną zaczął ciemnieć, zmieniając się w istną czerń. Właśnie się dowiedziałam, że zabiłam niewinnego człowieka.

Proszę o szczere opinie (nawet te złe) ;*
A i information: od jutra czyli 12 do piątku czyli 16 jestem na zielonej w Istebnej, ale nie martwcie się, bede miała dostęp do Bloggera z tableta mojej przyjaciółki, więc spokojna główka i Dobranoc :)

PS Gdyby komuś coś się kojarzyło z Akademią Wampirów np. postać Adriana i typy wilkołaków to...bardzo dobrze ;p